Michał Piętniewicz: Ciemna maska czystego wiersza. O tomie poezji Zdzisława Antolskiego, „Dzidziuś”.

Antolski wydał książkę o sobie, lecz nie jest łatwo pisać o sobie w tak bardzo zajmujący sposób, jak to uczynił pisarz z Ponidzia.
Książkę ciemną, dobrą, do bólu prawdziwą, niezmiernie osobistą.
Tylko co zrobić z czymś takim?
Mówię o jego książce pt. „Dzidziuś”.
Takich książek się po prostu nie recenzuje.
One są do bólu wprost, świetnie napisane, ciemne, bardzo ciemne.
Znaczy literacko są świetne, ale po co o nich pisać?
Niech będą jak te perełki na wielkim morzu badziewia.
Niech lśnią swoim ciemnym blaskiem.
Dzieciństwa, młodości, żalu do matki, do ojca.
Niech lśnią.
A jednak można o nich coś więcej napisać.
I co to znaczy, że są wprost?
Przecież nie są. Świat tam przedstawiony jest przecież pewną metaforą.
Metaforą świata dzieciństwa, nieco ciemnego, nieco okrutnego.
Metaforą rodziny również.
Metaforą grupy rówieśniczej.
Odnoszę wrażenie, że to książka wybitna.
Ten świat, niby ciepły, rodzinny, przeszywa ciemna rysa.
Jest to rysa choroby głównego bohatera opowieści a zarazem jej narratora, rysa choroby matki, czyli niekończącej się melancholii i narzekania na ojca, rysa w końcu braku prawdziwego, ojcowskiego autorytetu, który został zastąpiony rodzajem sztucznego oddalenia od syna, sztucznego dystansu, byle nie angażować się w dom.
W zasadzie jedynym, który w ów dom naprawdę się angażuje, jest bohater, „Dzidziuś”, on najbardziej przeżywa swoje dzieciństwo.
W pewnym sensie piękne, magiczne, nawet jakby odrealnione przez opar mitu i imaginacji, ale równocześnie jakoś trudne.
Z oddalenia, z dystansu czasowego, świat ten wygląda jednak o wiele piękniej i o wiele ciekawiej. I nawet sprawy trudne jakby tracą nieco na swoim okrutnym impecie,
stając się trochę sprawami jakby zamrożonej przeszłości, bezpiecznej, z oddalenia przecież widzianej.
A jednocześnie ten owad w bursztynie porusza się, żyje, pokazuje, że czas, który minął, jest jednocześnie czasem żywym.
Przeszłość zmartwychwstaje w teraźniejszości na prawach opowieści.
Latają pszczoły w pasiece, myszy i gryzonie kryją się pod sianem, gdzieniegdzie kwiaty, polna droga, dzieci bawiące się na ślizgawce.
Tajemnica płci, nieudolne próby inicjacji seksualnej.
Ten świat tętni jakąś jasnością i jednocześnie jakąś ciemnością, ale jest żywy, bez wątpienia żywy, ciemną, czerwoną, żywą krwią.
Chce się z tymi postaciami żyć, chce się z nimi obcować, chce się z nimi utożsamić.
Chce się ich obserwować, nasycać się ich życiem, a przecież tego oczekujemy najbardziej od pisarza-poety-że przekaże w sposób zajmujący swoją opowieść.
Bo to, zakładam nie konstrukcja fikcjonalna, ale autobiograficzna, do bólu szczera, jak napisałem, do bólu wprost, będąca jednocześnie bardzo barwną metaforą z ciemną rysą choroby w tle, a może w środku?
Może rdzenną dla interpretacji tego tomu/książki jest właśnie choroba?
Krzywica kręgosłupa, oraz inne, pomniejsze choroby dzieciństwa, napiętnowanie na całe życie, pogardliwy śmiech rówieśników, zdradziecki chichot dziewczynek.
Antolski pokazuje odważnie swój świat, ten najgłębiej schowany, świat dzieciństwa.
Jest to barwna, bardzo malarska, plastyczna, obrazowa opowieść, niezwykle wciągająca przez swój specyficzny urok oraz specyficzny styl.
Jest to do pewnego stopnia również wyznanie liryczne, ale nie trzeba dawać się zwieść naiwnej lekturze.
Prawa liryki są bardzo wymagające, chodzi w nich przede wszystkim o pewien obraz, metaforę, nakreślona sytuacja literacka jest tylko pretekstem do podróży w świat o wiele głębszy, do prawdziwie głębokiej introspekcji człowieka, próby zbadania jego świata „podziemnego”, imaginacji, marzeń, żalów, trosk, utajonej treści podświadomości, którą chowają głęboko skryte skarbce dzieciństwa.
Antolski potrafi zakląć swój żal w formę liryczną, która staje się rodzajem magicznej inkantacji, zaklęcia, będącego jednocześnie formą obrony przed trudną przeszłością i spełniającą, bądź co bądź, funkcję quasi-terapeutyczną.
Jak się „wyleczyć” z ciemnych bruzd i rys dzieciństwa jeśli nie właśnie poprzez wymyślenie formy – zaklęcia, będącego rodzajem antidotum na to, co tak bardzo i dotkliwie bolało i dalej boli.
Antolski staje się w tym tomie rodzajem szamana, maga, który sam siebie próbuje uzdrowić, sam próbuje sprowadzić ożywczy deszcz oczyszczenia na wybrużdżone kamieniami oraz ugorem pole swojego dzieciństwa.
Udaje mu się to bardzo nieźle, bo jednocześnie przywraca pewien bardzo ważny i zapomniany w dzisiejszej liryce trop – poezji jako magii, rodzaju zaklęcia ocalającego przed złym światem.
Trop baśniowy, trop magiczny, trop szamański, wręcz trop pierwotny.
Należy odłożyć na jakiś czas lekturę „Dzidziusia”, a potem do niej powrócić, aby tym większe i bardziej intensywne było jej oddziaływanie.
Na jaki czas jest to dobra lektura?
Oczywiście na czas świąteczny, ale może i poświąteczny, rzekłbym, wszelki czas, który mógłby choćby potencjalnie być czasem rodzinnym, a przecież o rodzinie należy pamiętać zawsze.
Jakże szczere i odważne jest liryczne wyznanie Antolskiego.
Wyznanie, które staje się rodzajem ciemnej maski na siebie nałożonej, ciemnej metafory, z której wyfruwa potem biały ptak wiersza.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.